Wspomnienia z czterodrutem w tle – anegdoty telewizyjne

/ / Anna Plaszczyk, EKSPERCI, Filmy-webinaria, Lajfstajl, Multiferencje, NUMER1, Tomasz Słodki, Tomasz Słodki - Webinaria

Mało który z moich młodych kolegów po fachu wie, czym jest montaż liniowy. Żaden z nich nie może pamiętać relacji live nadawanej ze zwrotną po czterodrucie. Dziś relacje na żywo są wyjątkowo łatwe w realizacji. Jednak żadna technologia nie zastąpi nam doświadczenia, wiedzy i opanowania. Przecież bez względu na technologię wpadki podczas wejść zdarzają się i zdarzać będą. Na szczęście można je później opowiadać jako całkiem śmieszne anegdoty!

Kiedy wiele lat temu zaczynałam pracę w TVP, oddziały terenowe dysponowały przestarzałymi technologiami, z którymi można było sobie poradzić tylko i wyłącznie sprytem. Majstrowie od kabli dwoili się i troili, aby ułatwić dziennikarzom relacjonowanie wydarzeń na żywo. Legendarny czterodrut był po prostu systemem łączności, w którym zwrotną dostawało się z 4-sekundowym opóźnieniem. Przez to słyszało się, co dzieje się w studiu dwie sekundy wcześniej, a równocześnie to, co powiedziało się dokładnie 4 sekundy temu, ponieważ dźwięk z monitorów był w odsłuchu w reżyserce usta­wiony bardzo głośno.

Jaki był efekt? Otóż taki, że wciąż słyszałam to, co już powiedziałam dawno temu, a co nie pozwalało się skupić na tym, co mówię te­raz, i na tym, co należy powiedzieć za chwilę. Dodatkowo słyszałam wydawcę (albo dwóch), czasem również kierownika produkcji i realizatora, który pokrzykiwał do operatora, również po opóźnionej zwrotnej. Aby sobie to wyobrazić, proszę pomyśleć o rozmowie telefonicznej – takie kłopoty występują czasem, gdy rozmawia­my przez telefon komórkowy, który odbija nasz głos z opóźnieniem znacznie głośniej, niż słychać rozmówcę. To takie złośliwe echo, tylko opóźnione o 4 sekundy, przekrzykiwane przez osobę, która krzyczy – kończ, kończ, musimy kończyć! A ja wiem, że to było 2 sekundy temu do osoby (czyli mnie), która coś powiedziała 4 sekundy temu.

Na szczęście szybko zwrotną satelitarną zastąpiono zwrotną po sieci telefonii komórkowej. Dzięki temu słyszeliśmy w słuchawce dokładnie to, co działo się w studiu w tym samym czasie. Również wozy satelitarne transmitują sygnał bez opóźnień, dzięki czemu relacje są łatwiejsze. Co oczywiście nie oznacza, że nie ma podczas nich wpadek lub śmiesznych sytuacji…

Któregoś roku miałam relacjonować Wielką Orkiestrę Świąte­cznej Pomocy w kilkugodzinnym programie na żywo w oddziale regionalnym TVP. Na dwa dni przed wydarzeniem poważnie się rozchorowałam. To było zapalenie nerwu szyjnego, które skutko­wało brakiem możliwości poruszania głową i podniesienia prawej ręki do góry. Ból był straszny i krzywiłam się paskudnie przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Ponieważ było już za późno na podmianę prowadzącego – musiałam się wziąć w garść.

ann1

Podczas całej relacji byłam sztywna, jakbym połknęła kij od szczo­tki, a kiedy trzeba się było odwrócić do rozmówcy – odwracałam się cała, ponieważ głową kręcić nie mogłam. Ze stresu i bólu zapomniałam numeru telefonu, pod który można było dzwonić, by licytować fanty. Pamiętam, że reżyser krzyczał do słuchawki jak oszalały: Podaj numer, no podaj numer telefonu – i nijak nie mogłam mu podpowiedzieć, że numeru nie pamiętam.

Byłam przecież cały czas na antenie na żywo! W końcu zdespero­wana powiedziałam, że można dzwonić pod numer telefonu podany na ekranie. 2 minuty później, w trakcie emisji materiału filmowego z taśmy, numer zapisałam sobie flamastrem na ręce. Co z tego, jeśli i tak nie mogłam schylić głowy, żeby go dyskretnie przeczytać?

Był taki czas, kiedy w jednej z największych stacji telewizyjnych w Polsce była moda na nagrywanie relacji live „do puszki”, czyli po prostu na taśmę. Tak, tak. NAGRYWANIE. Taką relację reporter przygotowywał, a następnie puszczało się ją ze studia. Wprawne oko oczywiście było w stanie odróżnić takiego udawanego live’a od prawdziwego życia, toczącego się tu i teraz. Bo reporter to nie aktor i ma inną energię, kiedy wchodzi na antenę na żywo, słysząc 3,2,1, jesteś! Na szczęście takie relacje są już tylko wspomnieniem, ponieważ transmisje telewizyjne można zrobić już z każdego miejsca na świecie, nawet jeśli nie da się tam dojechać wozem satelitarnym.

Koledzy, którzy relacjonują na żywo konflikty zbrojne na świecie, korzystają na przykład z pomocy niewielkiego satelitarnego zesta­wu walizkowego. Oczywiście do niego trzeba podłączyć kamerę. Należy pamiętać również o tym, że po zmroku nie wolno w bazie wojskowej korzystać z oświetlenia. I nie chodzi tu tylko o reporter­skie zestawy profesjonalnych świateł, ale także o zwykłą lampkę nakamerową. Nawet ona może przecież wskazać terrorystom kierunek, w którym należy kierować ostrzał!

IMG_9010b

Transmisje telewizyjne zawsze generują gigantyczny stres u wszy­stkich członków ekipy – reżysera, realizatora wizji i dźwięku, wydawcy, kierowników produkcji i planu, u rzeszy techników, operatorów i dźwiękowców, a także u samego reportera. Przecież zawieść może nie tylko czynnik ludzki! Żaden sprzęt, nawet najbardziej nowoczesny, nie jest niezawodny. Pamiętam, jak pewnego dnia podczas relacji w wozie nagle zniknął prąd. Okazało się, że kabel zasilający wóz ktoś… przeciął siekierą!

Innym razem, podczas zimowej relacji z konkursu jazdy na byle czym, wóz w ogóle nie chciał zastartować. W minus 30 stopniach Celsjusza zamarzło wszystko, co zamarznąć mogło. Na szczęście ekipa była na planie 2 godziny wcześniej i mie­liśmy czas na uruchomienie awaryjne sprzętu. Jak to zrobiliśmy? Proszę nie pytać. Z tamtego dnia pamiętam tylko poodmrażane ręce operatorów (robiliśmy tego dnia 3 wejścia na żywo po 45 minut każde), dźwiękowca wymieniającego wyczerpane baterie w mikrofonach bezprzewodowych co 5 minut i to, że powietrze w płucach dosłownie zamarzało…

baaaaankiiii

Jak pracować w takich warunkach? Trzeba się przygotować na wszelkie możliwości i awarie. Dużo ćwiczyć. Trenować wystąpienia publiczne. Mieć świetnie opanowany materiał merytoryczny.
Ale o tym już w następnym numerze!

PS: A czym jest montaż liniowy? Montaż w przypadku transmisji live jest, na szczęście, niepotrzebny. Zdradzę tylko, że liniowo monto­wało się z taśmy na taśmę. Jeśli czegoś zapomnieliśmy wmontować do materiału – trzeba było montaż zaczynać od początku.

Anna Plaszczyk – dziennikarka telewizyjna. Pracowała w TVN i TVP. Na swoim koncie ma tysiące zrealizowanych newsów, kilkadziesiąt  reportaży i kilka programów autorskich. Kamera nie ma przed nią tajemnic – potrafi stanąć przed nią i za nią.  Dziś prowadzi własny portal activeandeco.com i działa społecznie na rzecz zwierząt w Fundacji Viva!

Podziel się swoją opinią:

Zapisz się na newsletter

Wpisz poniżej swoje imię i adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych artykułach. Obiecujemy pisać tylko w ważnych kwestiach.

Tekst ukazał się w magazynie

Multiferencje

Multiferencje to specjalistyczny magazyn poświęcony transmisją online i webinariom, wydany w nakładzie 3000 egzemplarzy. Dystrybuowany do dyektorów marketingu, sprzedaży, HR-u i PR-u oraz właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw. Redaktorem naczelnym jest Tomasz Słodki. 

Ponad trzydziestu specjalistów rynkowych dzieli się swoimi doświadczeniami w transmitowaniu na żywo.

Zobacz inne artykuły autora:

TOP
Udost.